WROCŁAWSKI KLUB SZACHOWY "KOPERNIK"

Kategoria: Aktualności

Fenomenalna Czarna komedia – w teatrze Polskim!

Czerwona FEME Fatale – rozrabia na scenie!

Skończyłem studia ekonomiczne[1] z tej okazji zrobiłem sobie słodki prezent. Wraz z moją miłością poszedłem do teatru na CZARNĄ Komedię. Londyński saloon – Wellcome. Wylądowałem na deskach Sceny Świebodzkiej we Wroclovku. Autor Peter Shaffer — i powiem tak: jeśli przyszedłem się pośmiać… to się pośmiałem. Jeśli ktoś jednak przyszedł się zamyślić… to im aktorom rewelacyjnie się udało, wzbudzić we mnie ten stan, ale najpierw się pośmiejmy.

        Spektakl balansuje gdzieś między „co ja właśnie oglądam?” a „czemu mnie to tak bawi?”. Klasyczny Shaffer: inteligentny chaos, dialogi, które brzmią jakby ktoś wygrał konkurs na najbardziej błyskotliwą kłótnię, i bohaterowie, których decyzje można podsumować jednym wielkim: „serio?”.

        Aktorzy? Moim skromnym zdaniem wszyscy – genialni. Wchodzą w swoją rolę jak w masło, więc są arcygenialni. Każda przesadzona mina, każde dramatyczne westchnięcie — podkręcone do poziomu „trochę za dużo, ale właśnie o to chodzi”. Publiczność raz śmieje się głośno, raz trochę nerwowo, bo jednak… to jest czarna komedia. Tu śmiech ma lekko gorzki posmak, jak kawa, którą ktoś zapomniał posłodzić (albo specjalnie nie posłodził, żeby było „artystycznie”).

        Scenografia nie udaje niczego, czego nie musi — raczej robi dobrą robotę i pozwala aktorom fenomenalnie błyszczeć. I dobrze, bo to oni są tu głównym daniem, a nie dekoracje. Jak jednak mawia moja żonka, scena doskonale loftowa z Jsku. W rzeźbach dominuje czerń jako tło i wszechbogackie złoto. W meblach biała czystość. Łóżko – na najwyższym podium z prawej strony sceny. Kończąc – …grafia przyzwoita[2]. Ocena końcowa u mnie laika: 8/10 — śmiech, lekkie zakłopotanie i poczucie, że jednak teatr to bardzo dziwne, ale przepiękne miejsce.

       Rozpoczynamy jak w polityce, czyli w ciemnościach nieokreślonych, wyśmienity szept nieuczciwych kochanków. Mówią o wspólnej kradzieży porcelany. Życie przestępcze przybliża, język jednak jest prawdziwy.   

       Teść defetysta, hipopotam,– chce się dowiedzieć, jak przyszły zięć będzie zarabiał na życie. Piękna charakterystyka epoki boomerów, która minęła i niestety nie wróci. „Kto nie ryzykuje ten nie pije szampona!” – tekst słodkiej blondynki[3]. Kurde murde, chamstwo i bezczelność.

        Zajmę się teraz postaciami ze sztuki. Bo w recenzji otwarty ogień pachnie katastrofą. Zacznijmy od portretu teścia, czyli człowieka, który zjadał dyscyplinę na śniadanie i popijał ją regulaminem.  Teść — niemiecki żołnierz, chodzący relikt epoki „ordnung muss sein”, przedstawiciel gatunku na wymarciu (choć on sam absolutnie się z tym nie zgadza i najchętniej wydałby temu faktowi rozkaz natychmiastowego odwołania).

     W jego świecie wszystko ma swoje miejsce: buty mają błyszczeć, plecy mają być proste, a przyszły zięć… no cóż, najlepiej żeby był projektem zatwierdzonym przez sztab generalny[4]. W wykonaniu Mariana Czerskiego dla czułego narratora – widza, to postać absolutnie wyśmienita. On nie jest zwykły „surowy ojciec” — to człowiek, który traktuje życie rodzinne jak manewry wojskowe. Każda rozmowa to strategia, każde spojrzenie to kontrola jakości, a każde słowo zięcia przechodzi przez wewnętrzny trybunał wojskowy. Najlepsze są momenty, kiedy teść „potwór”… walczy.

         Oczywiście nie dosłownie (choć niewiele brakuje), ale w jego głowie toczą się pojedynki na śmierć i honor. Wyciąga swoje wyimaginowane szpady, aby ukarać kłamstwa zięcia, staje w obronie czystości, zasad i córki, jakby za chwilę miał stanąć do kartezjańskiego pojedynku o świcie. Problem w tym, że reszta świata gra w zupełnie inną grę — bardziej „komedia pomyłek” niż „kodeks honorowy”. I tu rodzi się dla mnie największy komizm: bowiem w sztuce, na scenie, jest on stale śmiertelnie poważny, kiedy wszystko wokół jest absurdalne. Pytanie „czy pozwolić młodym na ślub?” urasta u niego do rangi decyzji państwowej. To nie jest „tak” albo „nie” — to operacja strategiczna, wymagająca analizy, godności i (najlepiej) raportu w trzech egzemplarzach. A jednocześnie… gdzieś pod tym całym mundurem, regulaminem i marszową wredną dyscypliną, kryje się coś bardzo ludzkiego: strach budzący tchórzostwo przed utratą kontroli i córki. Tylko że on oczywiście nigdy tego nie powie — bo generałowie nie mówią o uczuciach. Generałowie wydają rozkazy. To postać, która mogłaby być tylko stereotypem, ale dzięki grze Czerskiego staje się komicznie przerysowana, a jednocześnie dziwnie prawdziwa. W duszy widza pozostaje tylko niezmienne pytanie, dlaczego faceci kochają jedne Panie, a żenią się z zołzami? W podsumowaniu tego aktora nie może zabraknąć tańca z sąsiadką, amatorskie mistrzostwo świata, albo praktyczny dowód na orgazm przeciwieństw.

    Ogromne brawa dla autorów, aktorów, nie reżysera, za pomieszanie alkoholów: Wini, Dżini, ….No i teraz wjeżdża ona — Panna Furnival, czyli chodzący paradoks w koronkach i zasadach. Uczestniczka powyższego tańca[5]. W interpretacji Agaty Skowrońskiej dostrzegłem postać, która na pierwszy rzut oka wygląda jak żywy regulamin moralny. Córka pastora baptystycznego, wychowana w klimacie „ciszej, skromniej, grzeczniej”, gdzie nawet uśmiech pewnie miał przypisaną odpowiednią godzinę w ciągu dnia. Na trzeźwo — wzór cnót wszelakich. Postawa: wyprostowana jak kazanie. Ton: lekko pouczający, ale jeszcze w granicach „chrześcijańskiej uprzejmości”. Aura: „proszę nie dotykać, bo to może być grzech”. I wtedy… ktoś wpada na genialny (czytaj: katastrofalny) pomysł, żeby zmieszać alkohole. I tu zaczyna się wspaniała magia. Bo z tej samej osoby nagle wychodzi… kompletnie inna wersja człowieka. Panna Furnival przechodzi transformację godną teatralnego „wow”: z purytańskiej strażniczki moralności w rozbrajająco rozkoszną, lekko rozchwianą emocjonalnie duszę towarzystwa, ślicznotkę która:

– seksownie tuli się do każdego napotkanego scenicznego mężczyzny,

– patrzy na świat z rozczuleniem godnym romantycznej bohaterki,
– i przede wszystkim… śpiewa. I to jak! Jej wykonania standardów z dawnych epok brzmią jak nagłe zatrzymanie czasu — publiczność najpierw się śmieje, a potem trochę milknie z zachwytu, bo okazuje się, że pod tą całą komediową maską kryje się coś naprawdę pięknego. To nie jest już tylko gag — to moment, w którym postać dostaje głębi. I musimy, wręcz pragniemy, klaskać na stojąco. Pani Agata to mój największy hit tego spektaklu? Po odpowiedniej dawce płynu życia, to, ona dalej jest sobą — tylko bez ludzkich hamulców. Jakby całe życie ktoś ją ściszał, a przesmaczny alkohol nagle przekręcił pokrętło na maksimum. I znów — jak u Shaffera — śmiech miesza się z czymś bardziej ludzkim. Bo zaczynasz się zastanawiać: czy to „prawdziwa ona” wychodzi na wierzch, czy tylko chwilowa ucieczka od rygoru? Panna Furnival to komediowe złoto z ukrytą nutką melancholii, a Agata Skowrońska gra ją tak, że ja śmieszny recenzent chcę, żeby była na scenie jak najdłużej — nieważne, czy moralizuje, czy właśnie śpiewa i czy przytula brzydszą część „pół” obsady.

Agata gra tak wyśmienicie, że hełmy głośnym motocyklistom spadają na ziemię, niczym benzyna lecąca w górę.

Carol Melkett, czyli eksplozja naiwności w wersji „cukier puder + serduszka + zero podejrzeń wobec świata”, tylko liczenie laików, naiwne pytania[6] denerwujące facetów, czy wreszcie największe zasięgi, itp.

W wykonaniu Beaty Śliwińskiej to postać, która z łatwością mogłaby wkurzać… ale zamiast tego rozbraja totalnie. Carol to klasyczna „słodka idiotka” — ale taka, której po prostu nie da się nie lubić. Blondynka (oczywiście), zakochana (bez pamięci), i przekonana, że świat działa na zasadzie: miłość + dobre chęci = wszystko się uda. Mój spoiler: świat w tej sztuce absolutnie tak nie działa. Jej sposób bycia to czysta, nieskażona logiką emocjonalność:

– mówi to, co czuje, zanim zdąży pomyśleć,

– wierzy we wszystko, co brzmi choć trochę romantycznie,

– i patrzy na ludzi z takim zachwytem, jakby każdy był potencjalnym bohaterem powieści miłosnej.

     Jednak w finałowej scenie wyrzuca z zazdrości „po chamsku” Cleo za drzwi, oczywiście dając fantastycznie jej w ryj. Największy urok tej postaci moim zdaniem polega na tym, że ona nigdy nie ogarnia, że coś jest nie tak. Kiedy wokół niej dzieje się chaos, intrygi i totalne absurdy, Carol dalej płynie na swojej różowej chmurce, przekonana, że wszystko zmierza ku szczęśliwemu zakończeniu. I w tym jest już genialna robota Beaty — bo gra ją na granicy przerysowania, ale ani przez sekundę nie robi z niej karykatury. Polska Judy Foster, to nie jest głupota dla śmiechu, tylko pewien rodzaj… niewinności. Trochę irytującej, trochę uroczej, ale bardzo „żywej”. A najlepsze? Czasem mam wrażenie, że ona jako jedyna jest naprawdę szczęśliwa. Wszyscy inni kombinują, walczą o honor, kontrolę, moralność… a Carol? Ona po prostu kocha faceta. I tyle. Carol Melkett to komediowy cukierek z lekką nutą absurdu, który równoważy całą tę teatralną szarpaninę emocji.

     Brindsley Miller, czyli artysta pełną gębą… szkoda tylko, że portfel pusty, a rozsądek gdzieś na wakacjach. W interpretacji Błażeja Michalskiego dostajemy bohatera, który wygląda jak spełnienie marzeń (przystojny, „artystyczny vibe, yutuber”, trochę mojej nonszalancji), ale po pięciu minutach wiem już, że to chodząca katastrofa w eleganckim opakowaniu. Brindsley to niesamowicie klasyczny współcześnie:

– artysta, ale bez kasy,

– amant, ale bez uczciwego planu na przyszłość,

– dorosły facet bez dojrzałości,

– kochanek, ale bez odpowiedzialności.

I nagle trafia do świata, gdzie… wyłączają prąd. I zaczyna się jego prawdziwy performance. Bo to, co robi w ciemnościach, to już nie jest gra — to jest zachwycający widza survival. Porusza się jakby był w świecie niewidomych, tyle że:

– wpada na meble,

– przestawia ludzi,

– i co najważniejsze… regularnie taranuje biedną sąsiadkę. Ta kobieta nie ma życia. Serio.

Zostaje:
– zrzucona z kanapy,

– przygnieciona jego artystyczną masą,

– wplątana w chaos, którego nie zamawiała.

A on? On się z tego wyślizguje jak śledziowy mistrz. I tu jest największy komizm tej postaci — Brindsley robi absolutny bałagan, ale jednocześnie:
– kombinuje,

– tłumaczy się,

– improwizuje,

jakby jego życie było jednym wielkim castingiem na „jak nie dać się przyłapać”. I widz patrzy na to z mieszanką: śmiechu — bo to fizyczna komedia na najwyższym poziomie, niedowierzania — bo jak można aż tak nie ogarniać, i… no właśnie. Bo jest jeszcze ten element zazdrości. Bo mimo całego tego chaosu, niedojrzałości i katastrof — on ma to swoje „coś”. I kiedy pojawia się motyw „lady in red” w loftowej sypialni, to nagle nie biseksualny widz myśli: „serio? ten typ?” – czemu nie ja!!!

I właśnie dlatego to działa. Brindsley Miller to uroczy bałaganiarz z talentem do komplikowania wszystkiego, a Błażej  Michalski gra go tak, że jednocześnie chcesz go ostro potrząsnąć…, a jednak to jemu kibicujesz. Jego tango i pasodoble na kolanach z Lady in Red to sceniczny fenomen.

Żyjemy w czasach, gdzie aby przykryć problemy natury seksualnej, wybuchają niechciane wojny!

Czyli Harold Gorringe, człowiek, który kocha porcelanę bardziej niż ludzi… i w sumie dziś, w depresyjnych wieloświatach, trudno mu się dziwić. W wykonaniu Krzysztofa Kulińskiego to postać, która na początku wygląda jak chodząca elegancja z muzeum:

– nienaganny, trochę staromodny garniturek, w kolorze ok!

– walizeczka jakby właśnie wrócił z aukcji antyków,

– maniery tak uprzejme, że aż podejrzane.

         Harold to sceniczny facet z pasją[7]. Ale nie taką zwykłą — on ma uczucie do porcelany i Michałka. I to nie „o, ładna filiżanka”, tylko poziom: „proszę nie oddychać za blisko, bo to XVIII wiek i ma duszę”. Na początku wydaje się spokojny, może trochę ekscentryczny, ale generalnie nieszkodliwy. Taki gość, który bardziej pogada o glazurze niż o życiu. I wtedy… poznaje prawdę. I coś w nim pęka. Nagle ten elegancki dżentelmen przechodzi przemianę [pamiętajmy że po odpowiedniej lampce zmieszanego alkoholu] w człowieka, który:

– czuje się zdradzony (i to nie byle jak — przez kumpla sąsiada, co już samo w sobie brzmi jak początek farsy),

– zaczyna się nakręcać emocjonalnie coraz bardziej,

– i dochodzi do poziomu: „za ten zniszczony posąg Buddy ktoś tu zaraz zostanie zbiczowany”. I to jest absolutnie cudowne — bo jego dramat jest jednocześnie totalnie absurdalny i w 100% dla niego prawdziwy. Publiczność widzi porcelanę. On widzi świętość, historię, sens życia. I kiedy coś zostaje zniszczone, to nie jest „ups” — to jest osobista tragedia, zdrada całej cywilizacji i powód do emocjonalnego meltdownu. Krzysztof Kuliński świetnie buduje tę przemianę: od spokojnego kolekcjonera → do gościa, który jest o krok od tego, żeby rozpętać wojnę o ceramikę. A najlepsze chyba jest to, że… trochę go każdy widz rozumie i rozgrzesza.
No może nie do końca, ale jednak czujesz, że dla niego to wszystko ma sens. Tylko świat wokół kompletnie tego sensu nie respektuje. Harold Gorringe to elegancki wulkan emocji ukryty pod porcelanową pokrywką — i kiedy ta pokrywka spada, robi się naprawdę ciekawie.

       Na scenę moich kartek wchodzi imigrant, przedostatni do opisania – on — Schuppanzigh, człowiek, który ogarnia prąd… ale rzeczywistość już trochę mniej. W interpretacji Andrzeja Gałły dostajemy postać, która jest czystą esencją komizmu sytuacyjnego. To nie jest bohater, który musi się specjalnie starać by być śmiesznym — on po prostu jest wrzucony w złe miejsce, w złym czasie, z niewłaściwą wiedzą. Bo Schuppanzigh to facet, który:

– zna się na prądzie (co w tej sztuce, przy ciągłych ciemnościach, brzmi jak supermoc superbohatera),

– ma jakieś pojęcie o sztuce, ukończył filozofię na Uniwersytecie w Heidelbergu[8]

– i teoretycznie powinien być tym, który „ogarnia sytuację”. Teoretycznie.

W praktyce jego obecność to lawina prześmiesznych nieporozumień:

– mówi coś, co ktoś źle rozumie,

– robi coś, co wygląda podejrzanie,

– pojawia się w momencie, w którym absolutnie nie powinien. I nagle z „gościa od naprawy” robi się katalizator chaosu. Najlepsze jest to, że on często jest najbliżej rozwiązania problemu — serio, czasem wystarczyłoby go posłuchać przez 10 sekund. 

        Ale oczywiście nikt tego nie robi, bo wszyscy są zajęci własnymi dramatami, honorem, miłością albo porcelaną. I tu Andrzej Gałła robi świetną robotę: gra postać z takim wyczuciem, że każda scena z jego udziałem to precyzyjnie odpalony gag — ani za dużo, ani za mało, idealnie w punkt. To humor, który nie krzyczy, tylko wynika z sytuacji. Z tego, że wszystko się rozmija: intencje ≠ odbiór ≠ rzeczywistość. Schuppanzigh to pykniczny mistrz nieporozumień i cichy generator śmiechu, a Andrzej Gałła wyciąga z tej roli maksimum — lekko, precyzyjnie i bardzo skutecznie. Nawet gdy na chwilkę staje się Bogiem. Jak tu ich nie kochać brawami na stojąco przy czaczowatej przepięknej sambie? Wyjeżdżam do Brazylii. Amen.

       No i mamy wreszcie jego — Georg Bamberger, czyli człowiek, który wygląda jakby zaraz miał rozwiązać równanie teatralnego wszechświata… ale zamiast tego rozwiązuje napięcie na scenie. W wykonaniu Marcina Rogozińskiego to postać, którą mogę określić najprościej jako: „siwy Einstein uśmiechu” — i dla mnie słabego recenzenta to jest absolutnie trafione. Już sam jego onanisowy wygląd robi robotę:

– lekko roztrzepana, naukowa aura,

– siwizna dodająca autorytetu (czy zasłużonego? to już inna sprawa),
– i ten uśmiech, który mówi: „ja tu wszystko nie rozumiem… albo przynajmniej tak wyglądam”. Bamberger nie wchodzi na scenę z hukiem.  On się raczej… pojawia, a huk dopiero za nim. I nagle widzom robi się jakoś lżej. Mimo krzyczącego hałasu. To taki bohater, który:

– nie walczy o honor jak generał,

– nie wpada w porcelanowy szał jak Harold,

– nie rozbija się po omacku jak Brindsley,

ale za to wnosi coś bezcennego do życia boomerowego widza — spokój podszyty humorem. Jego komizm nie polega na wielkich akcjach, tylko na:
– spojrzeniach, tych kończących

– drobnych reakcjach, oznajmujących niespodziewany finisz

– tym specyficznym „ogarniam was wszystkich, ale nie będę się spieszył”.

I kiedy reszta bohaterów wpada w coraz większy chaos, on działa jak miękki amortyzator rzeczywistości. Marcin Rogoziński gra go z ogromnym wyczuciem — bez przesady, bez przerysowania, ale z takim ciepłem, że widz automatycznie łapie z nim kontakt. Szkoda że tylko przez krótką chwilkę. To trochę taki: mądry obserwator, lekki ironista, i gość, który wie, że życie to jeden wielki żart — tylko nie zawsze trzeba go opowiadać na głos. Georg Bamberger to cichy bohater drugiego planu, który kradnie sceny uśmiechem, a nie krzykiem.

         Na koniec podsumowania wszystkich powyższych gwiazd teatru. Pani w czerwieni! Clea, czyli finałowy akord tej całej farsy… i to zagrany tak, że zostaje w głowie na długo. W interpretacji Mariki Klarman-Gisman dostajemy postać, która nie wchodzi na scenę — ona ją niestety miażdży. Już sam jej wizerunek niesie skojarzenia (tak, „ta z reklam”, ten błysk rozpoznania), ale tutaj to tylko punkt wyjścia. Bo Clea to nie jest żadna „ładna ozdoba spektaklu”. To jest: Dama w czerwieni, z nutą demonicznej pewności siebie, i absolutnym brakiem zahamowań.

Jej wejście? Aktorka nie słyszy niestety cichego zachwytu męskiej części sceny. Ja z dobrym słuchem słyszałem, ale aby się upewnić, że był, pójdę na spektakl dziś drugi raz.

Nie tyle powrót dawnej kochanki, co najazd emocjonalny. Wrednie wślizguje się do życia (i łóżka) byłego partnera z taką naturalnością, jakby czas w ogóle nie mijał. Jakby wszystko nadal należało do niej. I przez chwilę… widz zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie ma racji.

Clea działa na widza ciałem, gestem, spojrzeniem — to rola grana fizycznością, bardzo świadomie i bardzo skutecznie. Każdy ruch coś znaczy, każda obecność zmienia dynamikę sceny. I tak — pije wściekła na schodach. I to nie „lampkę dla smaku”, tylko życie prosto z butelki.

A potem robi coś, co idealnie podsumowuje jej energię:
„deszcz alkoholowy” — moment absurdalny, przerysowany, ale jednocześnie totalnie w jej stylu. Bo Clea nie uznaje półśrodków. Jak wchodzi w emocje, to na 100%. Ale pod tym wszystkim jest jeszcze coś:
to nie tylko prowokacja i chaos. To jest walka o coś, co było. O dawną miłość, o uwagę, o kontrolę nad historią, która jej się wymknęła. I właśnie dlatego ta postać działa tak dobrze — bo balansuje między:
– pewnością siebie,

– a desperacją.

Marika Klarman-Gisman robi tu coś naprawdę mocnego — tworzy postać, która jest jednocześnie: magnetyczna, niepokojąca, i… momentami absurdalnie zabawna. I nie ma co ukrywać, gdy przemawia — kradnie męską scenę. Clea to żywioł, którego nie da się zatrzymać, a jej obecność to czysta energia — trochę chaos, trochę namiętność, trochę teatr w najczystszej postaci. No to kończymy to jak trzeba — bez litości dla ciszy po spektaklu.

Recenzja finałowa – „czarna komedia, to spektakl, który wyłącza prąd i zdrowy rozsądek”. To przedstawienie nie tyle się ogląda, co przeżywa w stanie lekkiego przeciążenia emocjonalnego. Jakby ktoś wziął klasyczną farsę, zamknął ją w ciemnym mieszkaniu bez prądu i wrzucił do środka wszystkich możliwych ludzi: od generała[9] z kodeksem honorowym, przez porcelanowego fanatyka, po artystę bez pieniędzy i kobietę, która kocha za bardzo, za głośno i za czerwono. Efekt?
Totalna, precyzyjnie zagrana katastrofa. Na scenie Marian Czerski jako teść–generał próbuje utrzymać świat w pionie samą siłą woli i wyimaginowaną szpadą, podczas gdy rzeczywistość już dawno wymknęła się z koszar. Błażej Michalski jako Brindsley Miller demoluje przestrzeń z wdziękiem człowieka, który myli chaos z inspiracją i kobietę z meblem, a każda jego decyzja jest o krok od katastrofy — i zawsze o krok za późno.

W tym samym czasie Krzysztof Kuliński zamienia porcelanową estetykę w osobistą wojnę religijną o estetykę i sens życia, a Andrzej Gałła jako Schuppanzigh odpala lawinę nieporozumień tak precyzyjnych, że aż trudno uwierzyć, że to przypadek. Nad tym wszystkim unosi się uśmiech Marcina Rogozińskiego — spokojny, ironiczny, jakby ktoś z boku komentował: „tak, dokładnie tak to miało się skończyć”. A potem wchodzi ona. Marika Klarman-Gisman jako Clea — obdarta z czerwieni, skąpana w alkoholu, w emocjach większych niż scena. I nagle to już nie jest tylko komedia. To jest rewolucja uczuć w trybie przyspieszonym, gdzie „deszcz alkoholu” brzmi jak metafora wszystkiego, co wymknęło się spod kontroli. I właśnie w tym tkwi potężna siła tego spektaklu:
każda postać wierzy, że ratuje sytuację, a widz wie, że sytuacja już dawno przestała istnieć.

Finał? Śmiech zamienia się w nerwowy śmiech. Nerwowy śmiech w „co ja właśnie zobaczyłem”. A potem w ciszę powstałą z niewiary, że minęło już 90 minut. Bo to nie jest spektakl, który się kończy. To jest spektakl, który zostaje w głowie jak wyłączone światło — kiedy już wiesz, że wszyscy dalej błądzą po ciemku, tylko teraz… świadomie. Kostropacka wódeczka z butelki – najlepsze lekarstwo na depresję wieloświatów.

I wtedy dopiero robi się naprawdę śmiesznie.

Finałowa muzyczna samba to najlepszy sernik…fantastyczna teatralna nie masakra nie tylko latynoamerykańskiego widza.

Prostota, ale nie prostactwo, nie słuchaj – ale widzu przyjdź i patrz. Widzu, czuły narratorze, teatr Polski we Wrocławiu to klub najlepszych koneserów, do którego niełatwy jest dostęp, Mam nadzieję, że jakiś milioner się pojawi, odpali kasę i nagrają Czarną Komedię dla telewizji. 


[1] 8 pełny fakultet?

[2] W depresyjnych wieloświatach łóżko na podwyższeniu – dlaczego?

[3] Zwolenniczki niewykształconego PISU, hi

[4] Mój paradoks, w prywatnym życiu, też mam takiego teścia, zwolennika PISu.

[5] Uwielbiaj Boga tańcem, Psalm 150.

[6] Ile miałeś panienek przede mną, dlaczego zdjęcie poprzedniej masz w szufladzie? Itp…

[7] Chwała aktorowi, takich facetów dziś prawie brak.

[8] Filozofia niemiecka jest znana na całym świecie: Hegel, Schuman, Fregge, Gaus, …, Newman.

[9] Sceniczny tytuł to pułkownik, ale za wyśmienitą grę nadałem mu wyższy tytuł wojskowy.