Aktualne dziadowskie helloween!
Przyszedłem na Dziady, czy do dziadów?
Trochę tego, i trochę tego…Wspaniałemu Maciejowi i jego prześlicznej żonce, za jeszcze lepszy smalczyk z ogórkiem.
Nie ma lepszej recenzji niż dziesięcio minutowe oklaski na stojąco! Amen, ale aby tradycję podtrzymać piszę. Razem bowiem można więcej! Kambak uwielbiam na Was patrzeć.
Tym razem zatrzymam się na chwilę w miejscu, gdzie wyśmienity teatr spotyka się z magią słowa, a duchy przeszłości szepczą nam do ucha o rzeczach zapomnianych. „Dziady” w wykonaniu Teatru Kambak to nie tylko czytanie performatywne[1] — to rytuał, w którym każda sylaba tli się ogromnymi emocjami, a każde spojrzenie aktora otwiera nowe światy. Wieczór już w przedpokoju pachniał kadzidłem i smutną jesienią. Publiczność, choć młoda i nie cicha, zdawała się współuczestniczyć w misterium. Zamiast klasycznej inscenizacji — słowo. Czyste, pulsujące, wibrujące energią. Aktorzy nie tyle „czytali”, co przywoływali duchy poezji. W ich głosach słychać było Mickiewiczowską tęsknotę, gniew i czułość, które wciąż – po tylu latach – poruszają serca. Gra aktorska po prostu wyśmienita. Spektakl „Dziady” Teatru Kambak wzbudził we mnie emocje tak gęste, że niemal można było je dotknąć. To nie był zwykły wieczór teatralny — to było spotkanie, przejście w inny świat młodych sześćdziesięciolatków, z czymś głęboko ludzkim, surowym i zarazem nieuchwytnym. W ciszy pomiędzy słowami czułam, jak przeszłość i teraźniejszość splatają się w jeden oddech. Młodzi, niewychowani, gadający, siedzieli z tyłu w świecących wrednych komórkach, Głos aktorów drżał niczym płomień świecy na wietrze — raz mocny i pewny, raz ledwie widoczny, ale zawsze prawdziwy, jak kopiący moje krzesło widz z tyłu? Z każdą kolejną kwestią wracały wspomnienia, tęsknoty, niespełnienia. Widziałam w oczach innych widzów to samo poruszenie — jakby każdy z nas, przez moment, stanął naprzeciw własnych duchów.
Było w tym coś oczyszczającego: wzruszenie, które nie boli, lecz koi. Zachowanie tych niedojrzałych z tyłu widzów, fenomenalnie odzwierciedla „charakteryzacja” wybitnie menelska. A jednak, mimo całego emocjonalnego uniesienia, nie sposób przemilczeć tego dysonansu, który niczym zgrzyt paznokcia po szkle wdarł się w ten poetycki rytuał. Charakteryzacja — ta „menelska”, brutalnie realistyczna, jakby żywcem przeniesiona z mojego błotnistego podwórka[2], po nocy pełnej upadków — zburzyła delikatną tkankę teatralnego misterium. Rozumiem artystyczną prowokację, chęć „odbrązowienia” klasyki, ale tu granica między nowoczesną interpretacją a estetycznym chaosem została jak Rubikon przekroczona. Zamiast głębi – spotkałem brudny makijaż. Zamiast symbolu – łachmany, które bardziej śmierdziały przypadkowością [hi] niż piękną metaforą.
W pewnym momencie złapałam się na wściekłości — jakby ktoś wdarł się do mojej świątyni poezji w błotnistych butach. Bo „Dziady” to artystyczny rytuał, nie rave na współczesnej apartamentowej melinie[3]. I choć można bawić się formą, warto pamiętać, że nawet bunt potrzebuje elegancji. Wrzask balkonowy to już perwersja anty sztuki. Wrzask, stał się czymś, co całkowicie odwróciło bieg wieczoru. Maciej Mazurkiewicz wyszedł na balkon. Nie, nie wyszedł – wzbił się tam, jakby niósł go gniew duchów i płomień wszystkich „dziadów”, które kiedykolwiek odprawiano. Jego wrzask nie był zwykłym krzykiem aktora – to było wołanie, modlitwa i bluźnierstwo zarazem. Z góry spadały słowa ciężkie jak deszcz, a publiczność wstrzymała oddech. Nie dało się od nich uciec – przenikały ciało i drżały w kościach. Mazurkiewicz nie grał – on się spalał. W jednej chwili stał się Guślarzem, w drugiej – samym Mickiewiczem, w trzeciej – jakimś nieznanym demonem, teraźniejszym dronem, który przypomina nam, że teatr to nie tylko scena, ale przestrzeń między ziemią a niebem. To było czyste, pierwotne doświadczenie: zachwyt graniczący z przerażeniem. Taki moment, po którym trudno wrócić do zwykłego oddychania. Klimat zwykły marszowo lampionowy. A gdy pojawiły się lampiony, o jakież one były śliczne — aż do mdłości. Snujące się po scenie, kołyszące się jak zagubione duszki z folderu reklamowego festiwalu światła. Miały pewnie symbolizować duchowość, nadzieję, przemijanie… ale wyglądały raczej jak nie szkolna parada pod patronatem biednych sponsorów.[Hi] Były żywe, bo poruszane rękami aktorów, i martwe, bo bez duszy. Maszerowały bezwładnie, jakby nie wiedziały, dokąd idą, tylko wykonywały polecenia jakichś niewidzialnych sił reżyserskiej logiki. Ich ciepły blask, zamiast ogrzewać, zaczynał mnie irytować – jak światło w pokoju, którego nie da się zgasić, choć już dawno chce się zasnąć. Ten fragment, piękny w zamyśle, zamienił się we mnie estetyczny przesyt – zbyt dużo cukru w kieliszku alkoholowej goryczy. Zamiast metafizycznej zadumy dostaliśmy Instagramową iluminację niedojrzałego i wkurzającego widza z tyłu.
Teraz rokowa inwokacja. Śpiew wyraźnie Kozacki, a imię jego 44!, choć wolałem tego urodzinowego wieczoru patrzeć niestety na Marikę. Na scenie pojawił się super bohater mojego Marvela, czyli Rafał Kozak — i wszystko ucichło. Nawet powietrze przestało drżeć. Zanim zaśpiewał, widać było w nim coś niepokojącego: tę dziwną mieszaninę pokory i szaleństwa, która rodzi się tylko w prawdziwych artystach. Gdy otworzył usta, słowa nie płynęły – one unosiły się nad sceną, niczym zaklęcia. Głos głęboki, nasycony tajemnicą, przeszywał przestrzeń mego serca jak dzwon o północy. Było w nim coś z kapłana i coś z buntownika, coś z Guślarza i coś z Mickiewiczowskiego „Ja” – tego, które na chwilę staje się Wszystkim. I wtedy słowa: „A imię jego – czterdzieści i cztery.”Nie brzmiały jak cytat. Brzmiały jak objawienie. Jakby sam poeta zstąpił na scenę, by przypomnieć, że duch narodu nie umiera, tylko zmienia głosy. Kozak nie zaśpiewał tego – on to wyśnił na głos. Po tym momencie dla mnie spektakl już nigdy nie wróci na ziemię.
Znajomość szkolnych tekstów Mickiewicza wyraźnie mi pomagała rozumieć i głębiej czuć! Może to kwestia wieku, a może wspomnień – bo młody sześćdziesięciolatek to przecież ktoś, kto nosi w sobie dwa [może już trzy światy, rodziców, dzieci, wnuków] światy. Jeszcze pamięta szkolne ławki, w których wkuwało się wersy wieszcza z niezrozumiałą niecierpliwością buntowniczego młodzieńca, ale i z tą naiwnością, która nie zna jeszcze ciężaru życia. Teraz, gdy słuchałem aktorów, każde słowo Mickiewicza miało dla mnie niechcianego emeryta, inną temperaturę – cieplejszą, bliższą sercu, głębszą. Nie musiałem niczego sobie tłumaczyć. Wiedziałem, co grają. Czułem te frazy nie rozumem, lecz pamięcią – zapisaną gdzieś w nawykowych mięśniach, w zapachu starych podręczników, w dźwięku zanikającej kredy do wirtualnej tablicy.
Kiedy aktorzy szeptali „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie…”, nie słyszałem tylko słów – słyszałem echo młodości, która wciąż wewnątrz mnie oddycha. I może właśnie dlatego tak bardzo poruszył mnie ten spektakl. Bo „Dziady” – choć o duchach – mówią najbardziej o tych, którzy jeszcze nie odeszli, tylko dojrzeli do wspomnień.
Scenografia, ach te cholerne drzwi przejścia! Nie otwierają, ale zamykają!!! Ach — te drzwi. Niby zwykły rekwizyt, a jednak mi potrafiły zepsuć nastrój niczym źle postawiona pauza w wierszu. Drewniane, krzywe, z zawiasami skrzypiącymi jak sumienie po złym uczynku. Miały być przejściem, symboliczną „komórką” między światem żywych a umarłych, między jawą a snem, a stały się raczej telefoniczną komedią frustracji. Co chwilę ktoś się o nie potykał – widz, aktor, dźwiękowiec, a nawet światło zdawało się na nie zgrzytać, grzmieć. Zamiast otwierać tajemne wrota dusz, zacinały się złośliwie, jakby same miały poglądy artystyczne i w moim mózgu odmawiały współpracy z reżyserem. I w tym wszystkim było coś osobliwie ludzkiego: drzwi, które nie chciały się otworzyć, dokładnie jak nasze własne emocje. Może to nie przypadek? Może ta wredna, współczesna komórka była najuczciwszym elementem scenografii – jedynym, który nie udawał, że wszystko da się gładko przejść? Bezbłędna – jak mawiała młodzież – akustyka. A jednak, ponad wszystkim – nawet ponad skrzypiącą komórką i wrzaskami z balkonu – unosiła się doskonała akustyka. Jakby sama sala sprzysięgła się z poetą, by każdy szept, każdy oddech, każdy westchniony przecinek docierał prosto do serca. Dźwięk nie odbijał się od ścian – on je pieścił. Głos Mazurkiewicza spadał z góry jak srebrny deszcz, śpiew Rafała Kozaka unosił się niczym kadzidło, a nawet najbardziej nieśmiałe szepty w kulisach miały w sobie jakąś cudowną „klarowność” Mariki. To była akustyka, która nie tylko przenosi dźwięk – ona go rozumie.
W takich warunkach każde słowo Mickiewicza brzmiało jak muzyka duszy, a cisza – jak druga, bardziej czuła melodia. To właśnie ona spajała cały spektakl, jak miód łączy zioła w naparze – słodko, subtelnie, niepostrzeżenie. Akustyka spektaklu to jedyny spójnik spokojnej harmonii spektaklu. Łączy laserowo rozdarcie pomiędzy przepięknym wspomnieniem i szarą wojenną rzeczywistością Ukrainy.
Czytanie performatywne (ang. performative reading) to forma prezentacji tekstu literackiego, w której nie chodzi tylko o samo czytanie słów, ale o ich odczytanie w sposób dramatyczny, wyrazisty i z udziałem ciała, gestu, intonacji i przestrzeni scenicznej. Tekst staje się więc wydarzeniem performatywnym, a nie suchym odczytem.
Co wyróżnia czytanie performatywne?
- Ruch sceniczny: aktorzy mogą się przemieszczać, zmieniać pozycje, używać gestów – wszystko po to, by tekst „ożył”.
- Ekspresja głosu: modulacja, tempo, pauzy, wrzaski lub szept – aby wydobyć emocje i rytm słów.
- Interakcja z publicznością: niekiedy czytanie jest „bliskie” widzom, angażuje ich uwagę i wyobraźnię.
- Minimalizm scenograficzny: często nie potrzeba pełnej sceny teatralnej – ważny jest wyraz aktora i słowo.
Celem czytania performatywnego jest wydobycie głębi tekstu i jego emocjonalnej mocy[4], często w sposób, który zwykła lektura na głos nie byłaby w stanie osiągnąć. To forma pomostu między literaturą a teatrem, gdzie tekst i jego wykonanie stają się jednym, żywym, przewspaniałym doświadczeniem.
W przypadku „Dziadów” w Teatrze Kambak: aktorzy nie tylko czytali Mickiewicza, ale przywoływali duchy słowem, gestem i ruchem, tworząc rytuał, w którym widzowie stają się świadkami i uczestnikami dramatycznego zdarzenia, w którym klaska się, w ogromnym podziękowaniu na stojąco.
[1] Na końcu wyjaśnię, to nowe pojęcie pokolenia moich wnuków.
[2] Trzeba po spektaklu przejść po rynku, aby zrozumieć tę wściekłość.
[3] Obecnie powszechnej.
[4] Kto nigdy nie był człowiekiem, temu Człowiek nie pomoże.