WROCŁAWSKI KLUB SZACHOWY "KOPERNIK"

Kategoria: Aktualności

Ludzie teatru.

Przygody z wyobrażonego lasu – KAMBAK

Wyobraźnia bierze odwet na rzeczywistości, czyli KAMBAK udowadnia, że wielki Einstein się nie pomylił[1]. Autor recenzji: oczywiście „czuły narrator”! Czy teatr może być jednocześnie kolumbijską puszczą i pułapką? Przestrzenią pełną magii, a jednocześnie miejscem konfrontacji z tym, co w nas najbardziej realne?  

„Przygody z wyobrażonego lasu” — najnowszy spektakl w ramach KAMBAK — udowadnia, że dwa razy tak w przyrodzie istnieje. A robi to z taką bezczelnością formy i czułością treści, że trudno nie wyjść z teatru z uczuciem, że coś się właśnie odmieniło. Albo że coś się obudziło. Może sam las? Może każde dziecko, które jest gdzieś w nas i staje się widzem przestrzeni? Wyobrażony nie znaczy nierealny. Z pozoru historia jest prosta: bohater, zgubiony w lesie, mierzy się z serią przygód – absurdalnych[2], melancholijnych, czasem groźnych, czasem śmiesznych. Ale ten „las” to nie konkretna przestrzeń widza, lecz aktorska konstrukcja emocjonalna – amalgamat dziecięcych fantazji, niebezpiecznych lęków czy wspomnień, podanych przez twórców spektaklu w formie kolażu wizualno-dźwiękowego, w którym konwencje mieszają się jak liście na wietrze. Tu baśń spotyka performans, groteska flirtuje z intymnym monologiem, a choreografia przypomina raczej senny dryf niż zaplanowany ruch. Estetyka: dziecięca brudna baśń i leśny glitch. Scenografia za bardzo oszczędna, ale niepozbawiona siły rażenia. Żywe kolory leśnych ścieżek. Gałęzie, tkaniny, światło pulsujące jak świadomość. Niezapomniana scena z „drzewem mówiącym w języku reklamowych sloganów” to prawdziwy majstersztyk absurdu – zarówno wizualnie, jak i tekstowo. Wypity poncz, który ma siłę koki i natychmiast poprawia każdemu humor.

Jednak jest Muzyka? Ona ratuje spektakl!!! Oscar za muzykę – amen. Fragmentaryczna, jak zasłyszana przez ścianę, momentami liryczna, momentami industrialna, i powtórzę z glitchowymi wtrętami, które niepokoją i przypominają: to, co widzisz, nie jest snem. To teatr. To niezwykłe pejzaże. Aktorstwo zaś to dla mnie totalne zanurzenie. Wioślarska czwórka bez sternika, czyli obsada, która nie gra ról – ona je zamieszkuje. Nie sposób wyróżnić jednego nazwiska, bo cały zespół działa jak żywy organizm, którego części reagują na siebie instynktownie, organicznie. Szczególne jednak brawa należą się NOWEMU[3].

Aktorzy, którzy w scenach dialogów z „niewidzialnymi bytami” pokazali rzadką umiejętność grania na pograniczu percepcji – między tym, co widz, czuje, a tym, co tylko sobie dopowiada.

Widz wychodzi i pyta: O czym to właściwie było? Może o ucieczce. Albo raczej – o konieczności ucieczki w świat wewnętrzny, gdy zewnętrzny współcześnie zawodzi. O dziecku, które każdy z nas gdzieś porzucił w jakimś „wyobrażonym lesie”, licząc, że przetrwa samo. O niepełnosprawnych potworach, które wyglądają jak nasi bliscy. O wspomnieniach, które żyją dłużej niż fakty. I o tym, że czasem trzeba się zgubić, żeby odnaleźć inną mapę. Kambak z widzem poszedł do wspaniałego do lasu. W ramach wymyślonego przez nich projektu spektakl KAMBAK doskonale wpisuje się w ideę powrotu – nie tyle do przeszłości, co do pierwotnych emocji, instynktów, intuicji. „Przygody z wyobrażonego lasu” to podróż, która nie prowadzi do celu, lecz do zrozumienia, że cel może wcale nie istnieć. I że to dobrze.

Osobisty akcent to sól każdej dobrej recenzji, szczególnie w cyklu takim jak KAMBAK, który z definicji opiera się na „powrotach” nie tylko teatralnych, ale też do emocji, wspomnień i tych ledwo uchwytnych stanów, które teatr wyciąga nas na światło dzienne.

„Przygody z wyobrażonego lasu” – to spektakl, który zna moje sny. Jestem słodkim Puchatkiem ze swoją kochaną miodową nadwagą.

Są takie spektakle, które nie kończą się wraz z oklaskami. Zostają pod powieką. Wracają nocą. Zmieniają ci coś w chodzie, w sposobie patrzenia na drzewa za oknem, a nawet w tym, jak wchodzisz do ciemnego pokoju. „Przygody z wyobrażonego lasu” należą właśnie do tej kategorii. Nie wiem, czy był to spektakl wybitny w klasycznym rozumieniu. Wiem jedno – był osobisty. Tak bardzo, że chwilami miałem wrażenie, że ktoś przeszukał moje sny z dzieciństwa, wyjął najbardziej poplątane i posklejał je w krajobraz teatralny. Las jednak staje się nie do końca teatralny. To nie był „las” z kart książek ani z leśnych ścieżek. To był las intymny. Taki, który rośnie, gdy nie patrzymy. Las utkany z myśli, których nie wypowiadamy, i z emocji, które zwykle chowamy do środka, bo nie wypada się z nimi obnosić.

Scenografia była ledwie zarysowana – pojedyncze przedmioty, snopy światła, cienie. Ale pewien okładkowy motyl działał mocniej niż niejeden pełny plan. I w tej skromności – cała siła. Bo resztę dopowiadało się samemu. I właśnie to jest dla mnie największą wartością tego spektaklu: narracja współtworzona przez widza. Nic nie było do końca podane. Nic nie było do końca pewne. Ale wszystko – dziwnie znajome. Postacie, które nie chcą być tylko postaciami. Trudno nazwać bohaterów tej opowieści „postaciami”. To raczej figury – krótkie echo emocji.

Dziecko w czerwonej pelerynie, które nie boi się wilka, ale siebie samego. Leśne stworzenia przypominające bardziej fragmenty wspomnień niż cokolwiek żywego. Przewodnik, który sam nie zna drogi, ale mimo to prowadzi. I narrator, który milczy.

Kambak to Monolit. Zespół aktorski, który grał nie tyle role, co stany – zawieszenia, przeskoki, zacięcia. Zdarzało mi się łapać na tym, że nie analizuję, co „grają”, tylko co ja w tym widzę. I chyba o to właśnie mi chodziło. Ciało, głos, cisza.

Choreografia była nieoczywista – z początku miałem wrażenie przypadkowości, a potem, scena po scenie, wszystko zaczęło układać się w język wibracyjny pośladków Mazurka. W język ciała, który nie próbuje być ładny. Jest szarpany, nieforemny, jak sen, z którego się próbujesz wybudzić.

Muzyka – piękna, ale często niedokończona. Cisza – bardzo znacząca. A kiedy w pewnym momencie padły słowa: „To nie ja się zgubiłem. To wy mnie zostawiliście”, poczułem coś, czego nie czuję często – coś między wstydem a wzruszeniem. Dlaczego to do mnie trafiło?

Może dlatego, że sam mam swój „wyobrażony las”. Takie miejsce w głowie, do którego wracam, gdy świat zbyt mocno świeci w oczy. Gdy rzeczywistość domaga się definicji wychowania, której nie mam ochoty jej dawać. To codzienne podawanie dziecku dłoni, aby urosło do godności dobrego człowieka.

Ten spektakl nie opowiada nowej historii – on stwarza nową przestrzeń, w której można było spotkać własną historię. A to znacznie więcej. Leśny Kambak, czyli powrót bez instrukcji. W KAMBAK są właśnie takie momenty – niejasne, dziwne, ale mocne – i one są dla mnie najcenniejsze. Tu nie chodzi o perfekcję formy, o klasyczne arcydzieła. Chodzi o coś dużo trudniejszego: autentyczność doświadczenia. „Przygody z wyobrażonego lasu” to nie spektakl, który bym komukolwiek „polecał” w klasycznym sensie. To nie jest teatr do polecania. To teatr do przeżywania. Może nie każdemu podejdzie. Ale jeśli podejdzie – to zostanie. To teatr dla każdego, kto ma „swoje” dzieci, takie współczesne potworki.

„Przygody z wyobrażonego lasu” – to najpiękniejsze pieśni ze świata, którego już w Tobie nie ma, ale który wspaniale jednak pamiętasz. W pewnym momencie spektaklu zdałem sobie sprawę, że to nie do końca jest las z moich snów. To raczej Stumilowy Las, który dojrzał. Trochę zgorzkniał, trochę poszarzał, ale nie stracił swojej magii. Przeciwnie dzięki spektaklowi – nabrał jej więcej. Stał się miejscem, gdzie Miś o Bardzo Małym Rozumku nie jest już tylko zabawnym kompanem, ale symboliczną postacią zagubioną w świecie zbyt skomplikowanym. Prosiaczek nie jest już tchórzem, ale ucieleśnieniem delikatności, prostego przytulenia, której współczesność nie bardzo wie, jak unieść. Osiołek Kłapouchy – to, wiadomo – poeta. On jednak na scenie gra, i wykazuje mi, że to ja jestem w tej materii niepełnosprawny. Tak, w tym spektaklu czuć ducha A.A. Milne’a, ale jakby przepuszczonego przez filtr mojego snu, traumy i wspomnienia. Postacie nie były wprost odwzorowane, ale ich obecność była ewidentna. Może to była ta scena, w której bohater tulił podartą maskotkę, śpiewając do niej na półgłosie. Może moment, w którym chór leśnych głosów (czy to były sowy?) śpiewał kołysankę zniekształconą do granic rozpoznawalności. A może to była tylko moja własna projekcja – ale właśnie to pieśni aktorów są niesamowitą mocą tego spektaklu. Pieśni, które leczą, pieśni, które tęsknią. Największym zaskoczeniem wieczoru była dla mnie muzyka – nie jako tło, ale jako pełnoprawny bohater. Kompozycje przypominały z jednej strony piosenki z dziecięcych animacji (ale puszczone na spowolnionym magnetofonie), a z drugiej – pieśni tradycyjne, które ktoś przyniósł z innego kraju, gdzie język składa się tylko z emocji. Były momenty, w których muzyka wyprzedzała akcję, prowadziła ją, zawracała. Zwłaszcza jedna scena – pieśń „dla nieobecnych przy stole” – sprawiła, że sala na chwilę zamilkła zupełnie. A potem – niespodziewany chórek śpiewający coś, co brzmiało jak dziecięca rymowanka, tylko że w języku, którego nigdy się nie uczyłem, a i tak wiedziałem, o co chodzi. Coś o przyjaźni. O tym, że nikt nie powinien zostawać sam w lesie. Nawet z własnej woli.

Kambak inspiruje? Tak. Ale nie kopiuje. To ważne – spektakl nie był nostalgiczną kalką świata Kubusia Puchatka, przecież autor nie zna profesora Miodka. Nie było tu prób odwzorowania postaci czy sytuacji. To były czyste inspiracje emocjonalne. Archetypy. Tropy, które twórcy pozwolili nam znaleźć, ale nigdzie nie podali ich wprost. Może właśnie dlatego zadziałały tak silnie. Bo nikt mi nie powiedział: „teraz będzie scena z Prosiaczkiem”. Ale kiedy aktorka z rozmazanym makijażem, drżącym głosem śpiewała: „nie boję się, kiedy trzymasz mnie za rękę, nawet jeśli nikogo nie ma”, wiedziałem, że to jest o Prosiaczku. I o mnie.

Wnioski z lasu. Nie wiem, czy to był spektakl, który powstał z myślą o dorosłych, którzy zapomnieli, jak być dziećmi. Czy raczej o dzieciach, które musiały zbyt szybko dorosnąć. Może o obu. Ale wiem, że wyszedłem z teatru z poczuciem, że coś zostało solidnie nazwane. Coś we mnie. I że być może ten las nigdy nie był całkiem wyobrażony.

Ludzie przychodzą do KAMBAK pełnymi rzędami z powodu odzyskiwanej wiary w piękno zawarte w motylach!


[1] Rozum zabierze Nas z A do B, a wyobraźnia wszędzie.

[2] Zgubiony ogon?

[3] Jak pięknie śpiewał, pomyślałem – KASTRAT Farinelli.